2000+ Common Swedish Nouns with Pronunciation · Vocabulary Words · Svenska Ord #1

2000+ Common Swedish Nouns with Pronunciation · Vocabulary Words · Svenska Ord #1

Apartamenty repliki zamiaru

Looking for "apartamenty repliki zamiaru"?


Articles - apartamenty repliki zamiaru

What articles can you find on Google about apartamenty repliki zamiaru:

W DavidPopioły zwycięstwaRozdział I

Admirał lady Honor Harrington stała na galerii pokładu hangarowego ENS Farnese i próbowała nie dać się porwać huraganowi emocji, który szalał wokół. Spoglądając na oświetlony pokład, próbowała stworzyć jakąś empatyczną tarczę, za którą mogłaby się schronić, ale nie bardzo jej to wychodziło i fakt, że nie jest osamotniona w tym doświadczeniu, niewiele zmieniał. Poczuła emocje Nimitza znajdującego się w identycznej sytuacji i na połowie jej twarzy pojawił się krzywy uśmiech. Nimitz był bardziej przyzwyczajony do takich przeżyć, toteż targały nim uczucia mieszane — odruchowa chęć ucieczki w spokojne miejsce i euforia wywołana tak silnymi emocjami innych.

Na szczęście nie była to pierwsza tego typu okazja, choć musiała przyznać, że ostatnimi czasy zdarzały się one częściej niż poprzednio. Pierwszy raz miało to miejsce, gdy jej podkomendni zorientowali się, że właśnie pokonali całą grupę wydzieloną Urzędu Bezpieczeństwa i zdobyli dość okrętów, by zabrać z Hadesu wszystkich więźniów i jeńców, którzy chcieli opuścić planetę. Była wówczas przekonana, że nic nie będzie w stanie dorównać eksplozji tryumfu, który ogarnął jej okręt flagowy. Tymczasem tornado uczuciowe szalejące wokół niej teraz było silniejsze. Prawdopodobnie dlatego, że dłużej oczekiwali momentu, w którym ich ucieczka z najlepiej strzeżonego więzienia w całej Ludowej Republice Haven zakończy się dotarciem do systemu zajętego przez Sojusz, czyli w bezpieczne miejsce.

Niektórzy z nich — na przykład kapitan Harriet Benson dowodząca Kutuzovem — czekali na ten moment naprawdę długo: ponad sześćdziesiąt lat standardowych. Wiedzieli, że nigdy nie wrócą do życia, które pamiętali, ale tym silniej czuli potrzebę zbudowania sobie nowego. Nie tylko oni naturalnie czekali z niecierpliwością: nawet najkrócej przebywający w niewoli jeńcy z flot Sojuszu chcieli jak najprędzej zobaczyć bliskich, a oni mogli i chcieli wrócić do życia przerwanego trafieniem w ręce ubeków.

Prawie równie silne jak niecierpliwość było jednak także inne uczucie — żal spowodowany świadomością, że stali się w jakiś sposób częścią legendy, która będzie rosła, im częściej będzie opowiadana, a która właśnie dobiegła końca.

Wiedzieli, jak nieprawdopodobne było to, by udało im się dotrzeć do tego właśnie systemu planetarnego na pokładach tych właśnie okrętów i dlatego właśnie mieli świadomość, że gdy opuszczą ich pokłady, stracą kontakt z towarzyszami, z którymi wspólnie dokonali niemożliwego. Zawsze będą o tym pamiętać, ale będą to jedynie wspomnienia. I pewność, że coś takiego nigdy już się nie powtórzy… A im więcej czasu minie i im bardziej wyblaknie wspomnienie strachu, tym silniejszy będzie smutek, że wszystko to należy już do przeszłości.

I dlatego właśnie wokół szalała burza emocji, które miały tylko jedną cechę wspólną: były skupione na niej, bo to ona była ich dowódcą i symbolizowała te mieszane uczucia.

Dla Honor było to niesamowicie wręcz zawstydzające, bo wiedziała, że nikt z nich nie zdaje sobie sprawy, że ona zna te emocje. Miała nieodparte wrażenie, że bezczelnie podsłuchuje szeptane rozmowy, których treść rozmówcy starali się przed nią ukryć. I fakt, że nic nie była w stanie na to poradzić — emocje były po prostu zbyt intensywne, by Nimitz mógł ich nie odbierać, a więc tym samym by ona ich nie czuła — nie miał żadnego znaczenia.

Jej poczucie winy dodatkowo zwiększało przekonanie, że jej podkomendni nie mają racji. To oni bowiem dokonali tego wszystkiego i zdobyli się na więcej, niż oczekiwała. Pochodzili z sił zbrojnych kilkunastu państw zmiecionych przez Ludową Republikę na śmietnik historii, a zdołali zadać tejże Ludowej Republice prawdopodobnie największą klęskę w historii. Nie pod względem liczby zniszczonych i zdobytych okrętów czy wielkości podbitego obszaru, chodziło o coś ważniejszego: udowodnili, że wszechwładza i wszechwiedza Urzędu Bezpieczeństwa jest kłamstwem. A żaden aparat terroru nie jest w stanie skutecznie działać, jeśli społeczeństwo nie wierzy w jego wszechwiedzę…

I zrobili to dla niej.

Próbowała wyrazić wdzięczność, jaką czuła, ale wiedziała, że jej się nie udało. Słowa nie wystarczały, by wyrazić tak głębokie uczucia, a oni nie mieli tych możliwości, które…

Ostry, choć melodyjny dźwięk przerwał jej rozmyślania.

Oznaczał, że pierwsza z nadlatujących pinas zaczynała cumowanie. W ślad za nią leciało kilkadziesiąt innych pochodzących ze stacjonujących w systemie okrętów liniowych. A za nimi leciało kilkadziesiąt promów z San Martin. Zapowiadał się niezły młyn na pokładach hangarowych wszystkich jednostek Floty Elizium, ale to akurat nikogo nie martwiło, przeciwnie — wszyscy myśleli o tym z ulgą. Wszystkie bowiem okręty zostały wyładowane do granic możliwości ludźmi. Systemy podtrzymywania życia okrętów wojennych miały duże zapasy mocy z założenia, toteż nie to było problemem, lecz fizyczny tłok. By zabrać z Piekła wszystkich chętnych, zakwaterowano ich w każdym dostępnym pomieszczeniu. To, że podczas tak długiej podróży nie nastąpiła żadna poważna awaria systemu podtrzymywania życia, graniczyło z cudem, dzięki temu jednak wszyscy dotarli do celu.

I wszyscy mieli serdecznie dość tłoku, toteż marzyli o chwili, w której znajdą się w górach planety San Martin. Co prawda grawitacja panująca na planecie nie należała do najwygodniejszych, ale za to na powierzchni było naprawdę dużo miejsca. Po dwudziestu czterech standardowych dniach występowania w charakterze sardynek w puszce taki drobiazg jak to, że będzie się ważyło dwa razy więcej, nie był w stanie przyćmić radości, że będzie można się przeciągnąć, nie wsadzając przy tym komuś palca w oko.

Honor także na to czekała, ale w tej chwili jej uwaga skupiona była całkowicie na pierwszej pinasie, wiedziała bowiem, kto znajduje się na jej pokładzie. Ostatni raz widziała go ponad dwa standardowe lata temu i sądziła, że doszła już do ładu z uczuciami w stosunku do niego. Teraz zdała sobie sprawę, że się myliła; jej emocje były jeszcze bardziej skomplikowane i gwałtowniejsze niż emocje otaczających ją ludzi.

A na dodatek wiedziała, że za chwilę będzie musiała go powitać na pokładzie.

Admirał Eskadry Zielonej Hamish Alexander, earl White Haven i dowódca 8. Floty Royal Manticoran Navy, zmusił się do zachowania nieprzeniknionego wyrazu twarzy, obserwując, jak pinasa rozpoczyna podejście do krążownika liniowego będącego okrętem flagowym zmartwychwstałej Honor Harrington. Okręt nazywał się ENS Farnese. White Haven za nic w świecie nie był w stanie uzmysłowić sobie, co oznacza skrót „ENS”. Poza tym była to jednostka klasy Warlord i jak wszystkie pozostałe zbudowano ją w Ludowej Republice Haven. Dlatego wszystkie niespodziewanie przybyłe okręty znajdowały się w miejscu niewidocznym z orbity San Martin. Przyjdzie czas, by ogłosić wszystkim to, co zaszło, ale dopóki to nie nastąpi, postanowiono rzecz całą utrzymywać w jak najściślejszej tajemnicy.

Był to równocześnie pierwszy okręt tej klasy, jaki White Haven miał okazję zobaczyć na własne oczy. Naturalnie widział ich rysunki, plany i hologramy, widział też, jak zostały zniszczone przez znajdujące się pod jego dowództwem okręty, ale to nie było to samo, co móc obejrzeć go gołym okiem. Tym bardziej że jeszcze niedawno nie spodziewał się podobnej okazji w przewidywalnej przyszłości.

W porównaniu z jego okrętem flagowym, superdreadnoughtem Benjamin the Great, krążownik był niewielki, ale i tak większy od krążownika liniowego klasy Reliant, największej jednostki tej kategorii w Królewskiej Marynarce. Pozostał też zgrabny i groźny mimo uszkodzeń. A te White Haven mógł sobie dokładnie obejrzeć, jako że pilot pinasy zgodnie z rozkazami leciał wzdłuż prawej burty.

Hamish Alexander zacisnął zęby, widząc powyginany pancerz burtowy. W wielu miejscach wielowarstwowy kompozyt o wielkiej wytrzymałości był stopiony, w innych wręcz widać było, jak spłynął i zastygł w nieregularnych zaciekach. O takich drobiazgach jak osmolenia w ogóle nie warto było wspominać. Liczba ziejących dziur w miejscach, gdzie winny znajdować się działa, wyrzutnie rakiet czy stanowiska obrony antyrakietowej, świadczyła dobitnie, że z uzbrojenia burtowego zostało niewiele. Podobnie jak z generatorów osłony burtowej, choć tego akurat widać nie było, natomiast przy takich zniszczeniach nie mogło być inaczej.

Omal nie potrząsnął głową — to, co widział, było typowe dla Honor, która nigdy nie wróciła z patrolu bojowego nieuszkodzonym okrętem. Pojęcia nie miał, co powodowało, że tak było, ale wiedział, że nie jest to właściwy moment do podobnych rozważań. Uśmiechnął się krzywo i odruchowo spojrzał na chronometr — jeszcze siedem godzin i dwadzieścia trzy minuty standardowe temu był przekonany — jak wszyscy w Sojuszu — że Honor Harrington została powieszona. Ba, widział nagranie z jej egzekucji!

Nadal wstrząsał się na to wspomnienie. Niczego nie okazał, ale na wszelki wypadek skupił się na innym obrazie — widzianym siedem i pół godziny temu na ekranie łącznościowym fotela. Obrazie na wpół martwej twarzy, której nie spodziewał się już nigdy ujrzeć.

Odetchnął głęboko, próbując zignorować kłębiące mu się w głowie niezliczone pytania, na które nie znał odpowiedzi. Podstawowe brzmiało: jakim cudem przeżyła. Było to tak nieprawdopodobne, że gdy tylko wieść o tym się rozniesie, wszyscy dziennikarze Królestwa i prawdopodobnie połowa ich kumpli z Ligi Solarnej zaczną na nią regularnie polować. Będą pytać, prosić, błagać, przekupywać i grozić każdemu, komu tylko się da, byle tylko poznać szczegóły. Jednak w tej chwili dla niego mniej ważne było jak, a ważniejsze to, że przeżyła.

I to nie tylko dlatego, że była jednym z najlepszych oficerów Królewskiej Marynarki i że jej wyczyn oznaczał ni mniej, ni więcej, tylko zwycięstwo w wojnie propagandowej z Ludową Republiką.

Poczuł lekkie drgnięcie pinasy, gdy złapały ją promienie ściągające krążownika, i wziął się w garść. Ostatnim razem spieprzył sprawę — jakoś okazał to, co czuje do kobiety, która przez wiele lat była jedynie jego protegowaną i wybitnym oficerem, i choć nadal nie miał pojęcia, jak się zorientowała, ani myślał tego powtórzyć. Tamta wpadka zaowocowała jej wcześniejszym powrotem do aktywnej służby i trafieniem w pułapkę Ludowej Marynarki. Dla niego zaś oznaczała też dwa lata życia ze świadomością, że to przez niego zginęła.

Świadomość ta w pewien sposób ułatwiła mu zdanie sobie ostatecznie sprawy z tego, co do niej czuł… co naturalnie niezwykle komplikowało, sprawy teraz, gdy okazało się, że Honor żyje. Bo raz, że była o połowę młodsza od niego, dwa, że nie wykazała żadnego romantycznego zainteresowania jego osobą, a trzy, on miał żonę, którą głęboko kochał, mimo iż od prawie pięćdziesięciu lat standardowych była przykuta do inwalidzkiego wózka. Żaden człowiek mający choćby krztynę honoru w takich warunkach nie pokochałby innej, a jemu to właśnie się przytrafiło. I w końcu zdał sobie z tego w pełni sprawę, choć za późno. Przynajmniej tak sądził do niedawna.

Autoironicznie przyznawał, że napadu uczciwości dostał dopiero wtedy, gdy dowiedział się, że sytuacja stała się „bezpieczna”, Honor bowiem zginęła. Niemniej w końcu zdobył się na szczerość, choćby tylko wobec samego siebie.

Pinasa zakończyła cumowanie z lekkim wstrząsem, a admirał Hamish Alexander złożył sobie solenną obietnicę, że Honor nie dowie się o jego uczuciach. Nie zasłużył

Source: http://e-libra.ru/read/196590-adwokat.html



Michael Connelly Adwokat

Tytuł oryginalny: The Lincoln Lawyer

Przełożył Łukasz Praski

CZĘŚĆ I. Interwencja przedprocesowaPoniedziałek, 7 marcaRozdział 1

Wiatr znad pustyni Mojave pod koniec zimy przynosi najczystsze i najbardziej rześkie powietrze, jakim rankiem można oddychać w okręgu Los Angeles. Czuć w nim smak obietnicy. Kiedy tak zaczyna wiać, lubię otwierać okno swojego biura. Ten zwyczaj zna kilka osób, na przykład Fernando Valenzuela. Poręczyciel, nie baseballista. Zadzwonił do mnie, gdy jechałem na posiedzenie wstępne, jakie miało się odbyć o dziewiątej w Lancaster. Pewnie usłyszał świst wiatru w słuchawce.

– Mick, będziesz dzisiaj rano na północy? – zapytał.

– Właśnie jestem – odrzekłem, zakręcając okno, żeby go lepiej słyszeć. – Masz coś?

– Owszem. Chyba kandydata na licencję. Ale staje przed sądem dopiero o jedenastej. Zdążysz na tę godzinę?

Valenzuela ma biuro na Van Nuys Boulevard, przecznicę od centrum administracyjnego obejmującego dwa budynki sądowe i areszt. Nazwał swoją firmę „Poręczenia majątkowe «Wolność»„.

Numer jego telefonu, umieszczony na czerwonym neonie nad firmą, doskonale widać ze strzeżonego skrzydła na trzecim piętrze aresztu. Numer jest wydrapany na ścianach obok wszystkich automatów telefonicznych na każdym oddziale aresztu.

Można rzec, że jego nazwisko jest na trwałe wydrapane na mojej bożonarodzeniowej liście. Pod koniec roku ofiarowuję każdej osobie z listy puszkę solonych orzeszków. Mieszanki świątecznej. Puszki są przewiązane wstążkami z kokardą. Ale wewnątrz nie ma orzeszków – tylko gotówka. Na swojej bożonarodzeniowej liście mam wielu poręczycieli. Potem aż do wiosny jem orzeszki z pojemników Tupperware. Od ostatniego rozwodu zdarza się, że to cała moja kolacja.

Zanim odpowiedziałem na pytanie Valenzueli, pomyślałem o rozprawie, na którą jechałem. Mój klient nazywał się Harold Casey. Jeżeli sprawy z wokandy będą szły alfabetycznie, bez kłopotu zdążę na posiedzenie o jedenastej w Van Nuys. Ale sędzia Orton Powell piastował swój urząd już ostatnią kadencję. Odchodził na emeryturę.

Oznaczało to, że nie musiał się już przejmować reelekcją i nic go nie obchodziły naciski ze strony adwokatów. Chcąc zademonstrować swoją wolność – i być może odpłacić się tym, od których przez dwanaście lat był politycznie uzależniony – lubił wprowadzać zamieszanie na sali sądowej. Czasem rozpatrywał sprawy według kolejności alfabetycznej, czasem w odwrotnej, innym razem według daty wniesienia oskarżenia. Nigdy nie było wiadomo, który będziesz, dopóki się nie zjawiłeś na miejscu. Często obrońcy musieli tkwić na sali ponad godzinę. Bo tak się podobało sędziemu Powellowi.

– Na jedenastą chyba zdążę – powiedziałem, nie mając pewności, czy tak rzeczywiście będzie. – Co to za sprawa?

– Od faceta czuć grubą forsę. Mieszka w Beverly Hills, zaraz potem wparował adwokat rodziny. Mick, to naprawdę duży kaliber.

Zgarnęli go na pół melona, a adwokat jego matki jest gotowy przepisać na zabezpieczenie kaucji nieruchomość w Malibu. W ogóle nie pytał, czy można obniżyć. Chyba nie za bardzo się boją, że może prysnąć.

– Za co go zgarnęli? – spytałem.

Mój głos nie zdradzał żadnych emocji. Zapach pieniędzy często wywołuje niezdrowe rozgorączkowanie, ale zadbałem o kieszeń Valenzueli z okazji niejednego Bożego Narodzenia i wiedziałem, że mam u niego przywilej wyłączności. Mogłem sobie pozwolić na spokój.

– Gliny na początek wlepiły mu zarzut o czynną napaść, poważne uszkodzenie ciała i próbę gwałtu – odrzekł poręczyciel. – O ile wiem, prokurator jeszcze nie wniósł oskarżenia.

Policja zwykle przesadzała z zarzutami. Ważne, co ostatecznie przedstawią sądowi prokuratorzy. Zawsze twierdzę, że sprawy przychodzą wołem, a wylatują wróblem. Oskarżenie o próbę gwałtu i czynną napaść z poważnym uszkodzeniem ciała mogło z powodzeniem wylecieć jako zwykłe pobicie. Nie byłoby w tym nic dziwnego i nie wykroiłaby się z tego żadna sprawa z licencją. Mimo to, gdybym miał szansę ustalić z klientem wysokość honorarium na podstawie zarzutów, nie wyszedłbym na tym źle, nawet gdyby prokuratura spuściła trochę z tonu.

– Znasz jakieś szczegóły? – zapytałem.

– Zatrzymali go wczoraj wieczorem. Chyba nie poszedł mu podryw w barze. Adwokat rodziny twierdzi, że kobiecie zależy na kasie.

Wiesz, po sprawie karnej wytoczyłaby mu proces cywilny. Ale nie jestem taki pewien. Z tego, co słyszałem, dziewczyna wygląda dość paskudnie.

– Jak się nazywa ten adwokat?

– Chwila. Mam tu gdzieś wizytówkę.

Czekając, aż Valenzuela znajdzie wizytówkę, wyjrzałem przez okno. Za dwie minuty miałem się znaleźć w Lancaster, a za dwanaście na sali sądowej. Potrzebowałem co najmniej trzech z tych minut, aby naradzić się z klientem i przekazać mu złą wiadomość.

– Mam – odezwał się Valenzuela. – Facet nazywa się Cecil C.

Dobbs. Mieszka w Century City. Widzisz, mówiłem. Pieniądze.

Valenzuela miał rację. Ale to nie adres adwokata zapowiadał grube pieniądze. Tylko nazwisko. Znałem reputację CC. Dobbsa i przypuszczałem, że na liście jego klientów nie ma prawie nikogo, kto nie mieszkałby w Bel – Air czy Holmby Hills. Jego klientela jeździła do domu tam, gdzie gwiazdy zdawały się sięgać ziemi i dotykać namaszczonych wybrańców losu.

– Podaj mi nazwisko klienta – powiedziałem.

– Louis Ross Roulet.

Przeliterował i zapisałem imię i nazwisko w notatniku.

– Prawie jak ruletka, tylko wymawia się „rulej” – ciągnął Valenzuela. – Przyjedziesz, Mick?

Najpierw zanotowałem nazwisko Dobbsa, po czym odpowiedziałem mu pytaniem:

– Dlaczego ja? Sam o mnie spytał czy ty mnie zaproponowałeś?

Musiałem uważać. Trzeba było zakładać, że Dobbs jest sumiennym prawnikiem, który w mgnieniu oka zawiadomiłby kalifornijską adwokaturę, gdyby trafił na obrońcę płacącego poręczycielom za namiary na klientów. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy Valenzuela nie padł przypadkiem ofiarą przygotowanej przez palestrę prowokacji. Nie należałem do pieszczoszków korporacji adwokackiej.

Już wcześniej miałem z nią na pieńku. I to nie raz.

– Po prostu spytałem Rouleta, czy ma adwokata. Obrońcę przed sądem karnym. Powiedział, że nie. Wspomniałem mu o tobie. Nie naciskałem. Powiedziałem tylko, że jesteś dobry. Rozumiesz, dyskretna reklama, nic więcej.

– A Dobbs zjawił się wcześniej czy później?

– Później. Roulet zadzwonił do mnie rano z aresztu. Wsadzili go na strzeżone piętro i chyba zobaczył neon. Dobbs pokazał się dopiero potem. Powiedziałem mu, że w to wchodzisz, dałem ci referencje i łyknął bez problemu. Ma tam być o jedenastej. Poznasz go i sam się przekonasz.

Przez dłuższą chwilę milczałem. Zastanawiałem się, jak dalece Valenzuela jest ze mną szczery. Taki tuz jak Dobbs musiał mieć swojego człowieka. Jeśli akurat sprawy karne nie były jego mocną stroną, na pewno miał specjalistę w kancelarii albo przynajmniej trzymał kogoś w odwodzie. Wersja przedstawiona przez Valenzuelę przeczyła jednak takiej hipotezie. Roulet zgłosił się do niego z pustymi rękami. Wniosek z tego taki, że w sprawie było więcej niewiadomych niż pewników.

– Hej, Mick, jesteś tam? – popędził mnie Valenzuela.

Podjąłem decyzję. Decyzję, która miała mnie zaprowadzić do Jesusa Menendeza i której miałem wielokrotnie żałować. Ale w tej chwili uznałem, że tak właśnie powinienem postanowić.

– W porządku – powiedziałem do telefonu. – Do zobaczenia o jedenastej.

Już się miałem rozłączyć, gdy usłyszałem jeszcze głos Valenzueli.

– Będziesz o mnie pamiętał. Mick? No wiesz, jeżeli się okaże, że to faktycznie licencja.

Nigdy wcześniej Valenzuela nie upominał się o swoje należności.

Jego prośba tylko pogłębiła moje paranoiczne obawy. Ostrożnie dobierając słowa, sformułowałem odpowiedź, która mogła usatysfakcjonować jego i korporację adwokacką – na wypadek gdyby słuchali mnie jej przedstawiciele.

– Nie martw się, Val. Jesteś na mojej świątecznej liście.

Zanim zdążył odpowiedzieć, zamknąłem telefon i poleciłem kierowcy wysadzić się przed sądem przy wejściu dla personelu. Spodziewałem się, że będzie tu krótsza kolejka do wykrywacza metalu, a strażnicy zwykle nie zwracali uwagi na przemykających chyłkiem adwokatów, którzy spieszyli się na rozprawę.

Rozmyślając o Louisie Rossie Roulecie i jego sprawie, o czekających mnie bogactwach i niebezpieczeństwach, odkręciłem okno, przez ostatnią minutę rozkoszując się chłodnym powietrzem. Wciąż czułem w nim smak obietnicy.

Rozdział 2

Kiedy wszedłem do sali wydziału 2A, po obu stronach barierki tłoczyli się już prawnicy, którzy naradzali się i gawędzili. Widząc woźnego sądowego, który siedział już za swoim biurkiem, odgadłem, że sesja rozpocznie się punktualnie. Za chwilę na sali miał się pojawić sędzia.

W okręgu Los Angeles funkcję woźnych sądowych pełnili zastępcy szeryfa przydzieleni do służby w areszcie. Podszedłem do biurka ustawionego obok barierki, tak aby obywatele mogli zadawać woźnemu pytania, nie naruszając przestrzeni przeznaczonej dla prawników, oskarżonych i personelu sądowego. Zobaczyłem, że przed zastępcą szeryfa leży wokanda. Zerknąłem na przypiętą do munduru plakietkę z nazwiskiem – R. Rodriguez.

– Roberto, masz na liście mojego klienta? Harolda Caseya?

Woźny przesunął palcem po kartce, ale szybko go zatrzymał.

Miałem szczęście.

– Tak, Casey. Jest drugi.

– Dzisiaj jedziemy alfabetycznie. To dobrze. Będę miał czas z nim pogadać?

– Nie, wprowadzają już pierwszą grupę. Właśnie ich wywołałem.

Zaraz wyjdzie sędzia. Może będziesz miał parę minut, jak twój klient będzie w zagrodzie.

Kiedy ruszyłem w kierunku bramki w barierce, woźny zawołał za mną:

– Mam na imię Reynaldo, nie Roberto.

– Jasne. Przepraszam, Reynaldo.

– W mundurach wszyscy wyglądamy tak samo, nie?

Nie wiedziałem, czy miał to być żart, czy przytyk. Nie odpowiedziałem. Uśmiechnąłem się tylko i wszedłem za barierkę. Skinąłem głową kilku prawnikom, których nie znałem, i kilku, których znałem. Jeden z nich zatrzymał mnie, by zapytać, ile czasu zamierzam zająć sędziemu, bo chciałby mniej więcej wiedzieć, kiedy ma wrócić na rozpatrzenie sprawy swojego klienta. Odparłem, że moja będzie krótka.

Podczas posiedzenia wstępnego

Source: http://you-books.com/book/W-David/Popioy-zwycistwa



Watch video -apartamenty repliki zamiaru

What can you find on YouTube:

2000+ Common Swedish Nouns with Pronunciation · Vocabulary Words · Svenska Ord #1
дизайн квартир киев